Dzika arena

Veso Ovcharov Leci nad doliną Hushe w rejonie Masherbruma w Karakorum, Pakistan. 11.05. 2013 r. // Veso Ovcharov / Red Bull Content Pool

Latanie w Karakorum jest wytyczaniem kolejnych granic jakie jesteśmy w stanie przekroczyć dzięki marzeniom, odwadze i upartemu dążeniu do celu. To przygoda z najwyższej półki, wymagająca zagrania va banque. Ale tylko wówczas najwyższe góry Ziemi uchylą przed nami swoje tajemnice.

Latanie na paralotniach w Himalajach wydawało się niemożliwe. Lodowce otoczone najwyższymi szczytami na Ziemi, układy dolin, silne wiatry i lawiny na długo odstraszały paralotniowych śmiałków. W sierpniu 1998 roku jako jedni z pierwszych zawitali w Himalaje, a dokładnie do doliny Zanskar, Bob Drury, Peter Brinkeby oraz Rob Whitall. To co przeżyli, cudem unikając śmierci, odbiło się echem w całym paralotniowym środowisku: wściekła termika połączona z bardzo silnymi wiatrami dolinowymi, burze piaskowe, niedotlenienie i 100 km wędrówki ze sprzętem, żeby wydostać się do jakiekolwiek formy cywilizacji. Wszystko wskazywało na to, że Himalajach nie da się w miarę bezpiecznie latać.

Ale czas skutecznie wypiera negatywne wspomnienia, a zew przygody i poznania zakamarków mitycznych szczytów przezwyciężył strach. Już w kwietniu 1999 roku John Silvester i Al Hughs jako pierwsi w historii naszego sportu przelecieli zachodni Nepal w locie biwakowym. I małymi kroczkami zaczęto odkrywać Karakorum. Punktem przełomowym była wyprawa Silvestera z 2005 roku, podczas której pokonał 500 km w locie biwakowym pod Nanga Parbat. Okazało się, że Karakorum jest dużo lepsze i bezpieczniejsze od wysokich rejonów Himalajów Indyjskich, warunki są tam stabilne i nie występują wiatry dolinowe. Dzika arena dała się obłaskawić. Pojawili się nowi eksploratorzy: Brad Sander, Ramon Morillas, Dalibor Carbol, Juraj Kleja, Thomas de Dorlodot i wielu innych.

Karakorum jest magicznym miejscem do latania. Wymaga odwagi i dużego doświadczenia paralotniowo-górskiego, ale w zamian otwiera drzwi do krainy przygody totalnej i wolności bezkresnej.

W szystko zaczęło się parę lat temu, kiedy zobaczyłem zdjęcia mojego przyjaciela Juliena Wirtza, który razem z Philippem Nodetem przelecieli nad lodowcem Baltoro w stronę słynnych Trango Towers. Podziwiałem również pionierów, takich jak Brad Sander, John Sylvester i Dalibor Carbol, którzy otworzyli nowe możliwości przelotowe w tym jednym z najbardziej niesamowitych miejsc na ziemi do latania na paralotni. W lotach biwakowych pokonywali odległe obszary, startując w odludnych rejonach, by lądować w samym sercu dzikiej natury, na totalnym odludziu, doświadczając przy tym niesamowitych przygód. Dla mnie takie latanie to esencja paralotniarstwa. Prawdziwa przygoda. Ich styl zainspirował mnie.

W 2009 roku zostałem zaproszony na wyprawę do Pakistanu przez Ramona Morillasa. Wyprawa trwała 50 dni i towarzyszyła nam hiszpańska telewizja. To wtedy Ramon ustanowił światowy rekord wysokości w locie z napędem osiągając wysokość 7800 m nad Masherbrumem. Zrobiliśmy wówczas przeloty XC i odkryliśmy nowe miejsca do latania. Zdaliśmy sobie sprawę, że tutaj możemy ustanowić nowe rekordy, robić dalekie, pełne przygód przeloty. Ten obszar nadal pozostaje dziki i nienaruszony przez cywilizację. Od tej wyprawy, co roku w lecie przyjeżdżam do Pakistanu na latanie.

Mam dość. Jest szósta rano. Moje ręce są skostniałe z zimna i brnę w śniegu po kolana. Jestem wykończony ciężarem plecaka i czuję w głowie przyśpieszone bicie serca. Zatrzymuję się na moment i patrzę w dół, w stronę lodowca. Zastanawiam się jak pokonać kolejną szczelinę. Nie mogę się sobie nadziwić: „ co ja tutaj robię”. Śmieję się w duchu z całej sytuacji i ruszam dalej.

Zacząłem wspinać się o 1 w nocy. Moim celem jest przełęcz Gondogoro w samym sercu Pakistanu. Wskazania wysokościomierza pokazują, że właśnie osiągnąłem wysokość 5600 m, ale nadal nie widzę przełęczy. Jestem tak zmęczony, że nie mogę sobie przypomnieć, czy przełęcz znajduje się na 5700 m czy na 5900 m. Ostatecznie parę godzin później osiągam przełęcz znajdującą się na wysokości 5940 m. Siadam na plecaku i rozglądam się wokoło. Kiedy próbuję wyrównać oddech, wschodzące słońce wita mnie pierwszymi promieniami, odsłaniając tym samym otaczające mnie wielkie szczyty, które ciągną się po horyzont. Przede mną tylko góry. Żadnych oznak cywilizacji. Rozpoznaję cztery ośmiotysięczniki
– K 2 i Broadpeak oraz Gasherbrum 1 i 2. Właśnie uświadomiłem sobie, że jeszcze wczoraj leciałem między nimi. I to jest odpowiedź na moje pytanie. To jedyne w sobie odczucie, jakie daje mi otaczający mnie krajobraz, powoduje, że to robię. 21 trudnych, pełnych wysiłku dni zajęło mi dotarcie tutaj, ale było warto… a to jeszcze nie koniec. Muszę znaleźć miejsce do startu, które umożliwi mi lot na drugą stronę przełęczy. Zamarzam. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, dzisiaj wieczorem będę pił ciepłą herbatę z moimi lokalnymi przyjaciółmi w Hushe.

Cały artykuł możecie przeczytać w 13. numerze Vario.