W 12 dni dookoła Polski

zdj. Karol Wiklak
Kiedy podeszli do mnie podczas targów w Częstochowie i przedstawili mi swój pomysł, spojrzałem na nich krytycznie, biorąc pod uwagę skalę przedsięwzięcia. Ale ich pasja i zapał pozwalały przypuszczać, że nie odpuszczą swoich marzeń. I zrobili to. Wiesław Mogielski i Karol Wiklak jako pierwsi piloci PPG – oblecieli Polskę wzdłuż jej granic.

Kiedy zrodził się pomysł na oblot Polski po jej granicy?

Wiesław Mogielski: Oblatywaliśmy razem naszą najbliższą okolicę i dobrze nam się razem latało. Pomysł powstał podczas odwiedzin Karola. Razem z moją żoną, która też lata, pojechaliśmy do Łodzi na akcję wietrzenia paki. Potem odwiedziliśmy Karola i…

Karol Wiklak: Już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie wykonanie dłuższego przelotu. W sumie od samego początku przygody z motoparalotniarstwem wykonywałem przeloty, głównie na odcinku Łódź – Radoszyce. Czyli z mojego obecnego miejsca zamieszkania do rodzinnych stron. Moja żona jechała samochodem, a ja leciałem sobie górą – często byłem na miejscu wcześniej. Miałem w głowie kilka projektów, mniej lub bardziej ambitnych. Dużo również lataliśmy razem z Wieśkiem, więc podczas jego wizyty w Łodzi zapytałem go, czy nie chciałby oblecieć Polski wzdłuż jej granic na motoparalotni. Wiesiek od razu przyklepał pomysł i tak trochę z żartu, trochę ze zbiegu okoliczności i odpowiedniego nastroju powstał pomysł. Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy, ile ta spontaniczna decyzja będzie nas kosztować pracy oraz jakie koszty będą związane z realizacją tego projektu.

Od jak dawna latacie i dlaczego akurat paralotnie z napędem?

W: Latam już od pięciu lat. Na napęd zdecydowałem się głównie ze względu ma miejsce, w którym mieszkam. Nie mam u siebie możliwości latania swobodnego. Po drugie, praca zawodowa nie daje mi tyle wolnego czasu, ile bym chciał, a latanie swobodne wiązałoby się z wyjazdami. Latanie PPG daje mi najwięcej swobody.

K: Chyba każdy, będąc dzieckiem, marzy
o lataniu, ja nie przestawałem marzyć, jednak aby zrealizować to marzenie, nie miałem kasy, czasu i tzw. dobrego ducha, który pokaże, wytłumaczy. Cztery lata temu wracałem na rowerze z Łodzi (teraz latam) do Radoszyc i zobaczyłem latającego Wieśka – znaliśmy się jeszcze ze szkoły podstawowej. Tego samego dnia podjechałem do niego, pogadaliśmy i po trzech dniach kupiłem własne skrzydło i pod jego okiem zacząłem się bawić nim na łące. Zaraz potem zrobiłem kurs i kupiłem napęd i tak się to zaczęło. Mogę śmiało powiedzieć, że Wiesiek był osobą, od której wszystko się zaczęło, wciągnął mnie do latania, a przez wspólny oblot Polski nasza znajomość bardzo się zacieśniła.

Cały artykuł znajdziecie w 18. numerze Vario.