Czy Enzo jest dla wszystkich?

fot. Martin Scheel / azoom.ch

Superfinał Pucharu Świata 2015 już za nami. Rewelacyjnym wynikiem nie mogę się pochwalić, ale nie narzekam. Przyjechałam do Valle de Bravo po coś innego niż wynik. Piszę to bardziej z innego powodu. Zapewne jest wśród was kilka osób, które zastanawiają się nad przesiadką na skrzydło CCC. Chciałabym opisać wam moje doświadczenie z EnZo XS i mam nadzieję, że da wam to do myślenia.

Tekst: Klaudia Bułgakow

Przed przyjazdem do Valle miałam na nim wylatane już 200 godzin, więc zmieniłam liny i moja maszyna gotowa była do zawodów. Wytrymowaliśmy je też wolniej (z Russem Ogdenem), bo XS mi się nie podoba przyspieszona. Pierwsze konkurencje masło – chmury, zimno i słabe noszenia. Jak nie Valle. A jednak udaje mi się zaliczyć pierwszego „fronta” nisko nad ziemią. Poleciałam pierwsza z Honorand Hamand na „Trzech Króli” (słynne miejsce do wykręcania się w Valle) i się okazało, że po naszej stronie była zawietrzna. Pewnie mocny komin stał po drugiej stronie. A może wiatr północny zawijał i dochodził aż tam jako wschodni. Po tym, jak to do mnie dotarło, zrobiłam błąd i zamiast ruszyć na główną grań płaskowyżu, postanowiłam przytulić się do zbocza i wylecieć na około „Trzech Króli” na nawietrzną. Było paskudnie. Niestety ostatnia grańka załatwiła mnie – skrzydło wywinęło się na lewą stronę, a uszka pięknie pocałowały. Zastosowałam szybki reset. Glajt odwinął się do zbocza i skoczył, ale szybka reakcja pozwoliła mi opanować sytuację. Niestety znalazłam się między dwoma pagórkami. Jedyna droga na zewnątrz to z powrotem w to miejsce, gdzie mnie złożyło. Potrzepało i wyszłam. Brak wysokości pozwolił mi tylko dolecieć na bezpieczne lądowisko.

Front w sumie to nie tragedia na tym EnZo – pomyślałam. Ale trochę później – w tym samym tygodniu – myślę już inaczej.

W szóstej konkurencji piękna pozycja – za grupą prowadzącą i nad nimi. Dzień jest bardziej typowy dla Valle – silne kominy, bardzo silne. Ale dobrze mi się w nich leci. Kierujemy się w stronę Messa od południa. Patrzę na zegarek,14:30. Nie jest to idealny czas, żeby przelatywać tę okolicę. Przygotowuję się mentalnie i ognia. Przelatuję pierwszy płaskowyż (tam gdzie „crazy thermal”)  i nic, vario nawet nie piknęło. Docieram do drugiego. W dole widzę dziurę w lesie, w którą podczas jednej z konkurencji w 2009 wpadła na zapasie Keiko. Czuję jak mnie wyrywa z butów mega komin. Dokręcam. Dolatuje do mnie kumpel z Wenezueli i jedziemy do góry. Nagle znika mi znad głowy paralotnia. Zdezorientowana reaguję resetem – ręce pod siebie. Wiem, że jak skoczy, to pod nogi, więc wolę działać prewencyjnie. Następnie widzę zbliżającą się do mojej twarzy krawędź natarcia. Składam ręce przed siebie i przelatuję obok. Ręce z powrotem pod siebie – full stall, back flight, wyprowadzenie. Niestety glajt wyrwał się nierówno i skoczył w bok. Mega krawat i natychmiastowa autorotacja. Robię drugi reset – ręce pod siebie, back flight, wyprowadzenie. Znów nierówno, ale tym razem mam tylko mały krawat, z którym mogę lecieć. Patrzę na skrzydło – dziura wydarta w natarciu. Nie mogę wyciągnąć krawata linkami, a boję się, że kolejne przeciągnięcie zniszczy mi paralotnię jeszcze bardziej. Postanawiam wylecieć nad dolinę, popróbować „spin” na jedną stronę, ale EnZo nie chce się przeciągnąć. I tak nie chcę lecieć dalej na porwanym, więc ląduję z krawatem.

Analiza po zdarzeniu z Russem. Pierwszy reset musiałam pociągnąć, kiedy glajt był za plecami, co spowodowało otwarcie się fronta i większą energię, która spowodowała skok pod nogi. Cieszę się, że miałam duży zapas wysokości. Miałam czas na przeciąganie i zabawę. Na bezpieczne lądowanie. Szkoda konkurencji, ale cóż bywa.

Wnioski z całego zdarzenia: Wracam nad wodę trenować przeciągnięcia. Tyle że teraz może z EnZo. Cieszę się, że mam w miarę dobrze opanowane odruchy, bo rotacja z krawatem zmusiłaby mnie na bank do użycia zapasu. Zaledwie 2 godziny wcześniej oglądałam z przerażeniem kumpla, który po takiej samej akcji i 400 m w autorotacji rzucił zapas. Na szczęście nic mu się nie stało, ale spadał bardzo szybko. On nie wiedział, co robić. W innej konkurencji Guy Anderson miał to samo, ale pięknie przeciągnął i wyprowadził.

Moja rada. Nie liczcie na to, że nigdy wam się glajt na głowę nie zwali. Zróbcie wszystko, żeby być na to gotowym. Zainwestujcie w SIV. Nie myślcie jednak, że zostaniecie po 3 dniach mistrzami ACRO. To trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć.

Moje akcje w Valle były pierwszymi takimi w tym sezonie. Pokazuje to, że można latać na glajcie CCC i nic nam nie będzie. Usypia to naszą ostrożność. Musimy sobie jednak zdawać sprawę, że taki dzień może nastać, kiedy warunki nie będą tak łaskawe. Dlatego uważam, że latanie na glajtach tego typu, z małym rocznym nalotem, jest proszeniem się o problemy, zwłaszcza jeśli mamy ambicje na ostre ściganie. One wymagają szybkich i precyzyjnych reakcji. W Ozonie i w Ginie paralotnia zamawiana jest dla konkretnego pilota i firma zastrzega sobie prawo odmowy sprzedaży. Z rynkiem wtórnym jest inaczej. Tu decyzja pozostaje po waszej stronie.