Governador Valadarez

paragliding world championships brazil 2005 / zdj.: Martin Scheel / azoom.ch flight wyss

Po ponad dobie w podróży wsiadamy do busa, który czeka na nas na lotnisku w Rio de Janeiro. Kierunek Governador Valadares. Jesteśmy w kraju, w którym prawie nikt nie mówi po angielsku.

Nasz przewodnik Jasiek, który jest tu stałym bywalcem, orientując się, że trudne będzie organizowanie ośmioosobowej grupie piwa, lodu, wynikających z nich postojów czy wyboru jedzenia, załatwia sprawę prostym:

– Uma garrafa de cachaça por favor – teleportujemy się do hotelu za pomocą dwulitrowej butelki mocnego bimbru. Dwulitrową butelkę bimbru można dostać wszędzie, gdzie jest trzcina cukrowa i człowiek z wolnym czasem. Czyli wszędzie… za 7 reali (podczas naszej wyprawy kurs wynosił 1:1, co bardzo ułatwiało życie tym, którzy lubią wszystko przeliczać na ukochane peeleny)…

Governador Valadares to trzystutysięczne miasto, odległe o dobre dziewięć godzin jazdy busem z Rio. Można również dolecieć na samo miejsce samolotem, zwykle po przesiadce na  najbliższym międzynarodowym lotnisku znajdującym się w Belo Horizonte, stolicy stanu Minas Gerais. Ostatnimi czasy ta niegdyś topowa miejscówka została nieco zapomniana przez paralotniarzy, ale nadal regularnie odbywają się tu zawody, włącznie z PWC (najbliższy superfinał PWC odbędzie się po raz kolejny właśnie tutaj w styczniu 2017). Co roku pojawiają się też regularni bywalcy z półkuli północnej, uciekający przed zimą. Przyciąga ich tu pewny warun, zazwyczaj pozwalający latać codziennie, niskie koszty, dobre jedzenie i wesołe, brazylijskie podejście do życia. Jak się to później okazuje – w połączeniu z niżem demograficznym w męskiej części populacji emigrującej do USA i białą skórą może to dać mieszankę mocno wybuchową. Niebieskoocy blondyni mają dodatkowy punkt i są traktowani niemalże jak bogowie.

Cały artykuł przeczytacie w 20 numerze Vario.