Zlot ze szczytu Mont Blanc

Co to w ogóle za idiotyczny pomysł jest? Ojciec dzieciom. Chłopak dziewczynie. Sponsor byłej żonie. A mnie ciągle tyłek swędzi. Jeszcze do tego końcówka egzaminów na ATPL. Ale ponieważ swędzenie nie daje żyć, a drapanie tylko zaognia sytuację, zapada decyzja. Na razie tylko w mojej głowie.

Z Mont Blanc mam bliskie związki od wielu lat. Byłem tam kilkanaście razy, zjechałem z wierzchołka na desce i wbiegłem na szczyt w 4:47 zaczynając z Les Houches. O zlocie marzyłem, właściwie od kiedy zacząłem latać na glajcie. W ogóle paralotniarstwo trawnikowo-parałejtingowe z piwkiem w ręku kręciło mnie tak samo, jak otyłe dziewczyny, więc najpierw zaczęło się latanie w Tatrach i spektakularne ucieczki przed strażnikami parkowymi (oni o tym nie wiedzą, ale w Tatrach nie ma zakazu lotów bez napędu), a później przyszedł czas na Alpy. Nota bene Alpy przy porównywalnych warunkach są dużo bezpieczniejsze niż Tatry.
W naszych górach doliny są węższe, odległości między szczytami mniejsze, a przedmuchy na przełęczach bardziej dynamiczne. Ale co się dzieje na 5 tys. metrów, w górach? Tego dokładnie nie wiedziałem. Oczywiście sporo ludzi już na tych wysokościach na szmatce latało, ale zwykle w idealnych warunkach. A z mojego doświadczenia pilota samolotowego wynika, że latanie na 150 poziomie lotu (mniej więcej wysokość Mont Blanc) w górach bywa kłopotliwe nawet twardym płatem. Ze względu na turbulencje, noszenia i duszenia. Zwłaszcza na zawietrznej. A gdy płat jest miękki, to i rura mięknie.

Cały tekst możecie przeczytać w 21. numerze Vario.