Paralotnią powyżej 8000 m

zdj. Antoine Girard

Odkąd piloci paralotniowi zaczęli latać w Himalajach, ich celem było wykręcenie się w termice powyżej ośmiotysięcznych szczytów. Początkowo wydawało się to niemożliwe, ale uważne obserwacje potwierdziły przypuszczenia, że zdarzają się dni, w których noszenia osiągają wysokość powyżej 8000 m. Antoine Girard stał się pierwszym w historii naszego sportu pilotem, któremu się to udało.

W 2014 roku rozmawiałem z Thomasem de Dorlodotem o jego wyprawach i lataniu w Karakorum. Poza przelotami, odkrywaniem nowych szlaków w lataniu biwakowym w największych górach świata, każdy z eksploratorów tego rejonu – czy to John Silvester, Brad Sander, Dalibor Carbol i wielu innych – marzył o wykręceniu się powyżej 8000 m. Wielu pilotów próbowało, ale dopiero w tym sezonie udało się pokonać magiczną barierę 8000 m za pomocą paralotni w locie swobodnym. Wykręcając się w noszeniach na ścianie Broad Peak, Antoine Girard jako pierwszy paralotniarz osiągnął pułap 8157 m i przekroczył „strefę śmierci”. Trudno jest znaleźć słowa komentarza do tak wielkiego wyczynu, na który wszyscy miłośnicy latania biwakowego i latania w Himalajach czekali. Ten lot jest w lataniu swobodnym tym, czym było wejście Hillarego i Tenzinga  na Everest w himalaizmie i ogólnie w historii zdobywania szczytów na ziemi. Zapraszamy do lektury i opowieści Antoine’a o swojej przygodzie, a wszystkich zainteresowanych paralotniową eksploracją Himalajów odsyłam do 13. numeru Vario, które w dużej mierze poświęcone jest właśnie temu rejonowi.

Siódmego lipca 2016 roku wyruszyłem na samotną wyprawę w stylu latania biwakowego, obierając sobie za cel Pakistan i rejon Karakorum, otoczony przez liczne ośmiotysięczniki. Oprócz sprzętu do latania zabrałem ze sobą sprzęt biwakowy i jedzenie na siedem dni.

Pierwszego dnia burze nie pozwoliły mi na długi lot i dotarłem zaledwie do początku Parku Narodowego Desaoi. Znajdujący się na wysokości 4800 m Desaoi jest drugim najwyższym na świecie płaskowyżem zamieszkałym przez śnieżne pantery, niedźwiedzie brunatne, szare wilki, lisy, koziorożce, sępy i świstaki. To teren całkowicie dziki i niezamieszkały przez ludzi. Płaski teren Desaoi z nielicznymi miejscami umożliwiającymi start sprawił, że pokonałem go na piechotę. Muszę się przyznać, że wolałbym dużo bardziej zrobić to na paralotni.

Drugiego dnia otworzyło się krótkie okno pogodowe, niestety w tym rejonie podstawy chmur są zazwyczaj bardzo niskie i sięgają zaledwie 5500 m. Starałem się, jak mogłem, by wykorzystać lotny dzień. Niewielka wysokość od startu do podstawy chmury nie napawała mnie optymizmem. Oczywiście można dokręcać do samej podstawy, ale wiąże się to z błyskawiczną utratą widoczności. Przez godzinę siedziałem na wybranym miejscu do startu, czekając na poprawę warunków, po czym postanowiłem zaryzykować i po dokręceniu podstawy zrobiłem jeszcze w chmurze dodatkowe metry, osiągając pułap 6000 m. Cały lot był trudny i bardzo techniczny. Czołowy wiatr wielokrotnie cofał mnie, a myśl o możliwym lądowaniu oblewała mnie zimnym potem. Tego dnia udało mi się pokonać w powietrzu 40 km i dolecieć pod Nanga Parbat – górę o wysokości 8126 m, którą zamierzałem okrążyć.

Cały tekst możecie przeczytać w 21. numerze Vario.