Klątwa Governador Valadares

zdj. Marcin Duszyński

Zobaczycie, to jest inny świat, pokochacie go albo znienawidzicie.

Po ponad dobie w podróży wsiadamy do busa, który czeka na nas na lotnisku w Rio de Janeiro. Kierunek Governador Valadares. Jesteśmy w kraju, w którym prawie nikt nie mówi po angielsku. Nasz przewodnik Jasiek, który jest tu stałym bywalcem, orientując się, że trudne będzie organizowanie ośmioosobowej grupie piwa, lodu, wynikających z nich postojów czy wyboru jedzenia, załatwia sprawę prostym:

Uma garrafa de cachaça por favor – teleportujemy się do hotelu za pomocą dwulitrowej butelki mocnego bimbru. Dwulitrową butelkę bimbru można dostać wszędzie, gdzie jest trzcina cukrowa i człowiek z wolnym czasem. Czyli wszędzie… za 7 reali (podczas naszej wyprawy kurs wynosił 1:1, co bardzo ułatwiało życie tym, którzy lubią wszystko przeliczać na ukochane peeleny)…

Governador Valadares to trzystutysięczne miasto, odległe o dobre dziewięć godzin jazdy busem z Rio. Można również dolecieć na samo miejsce samolotem, zwykle po przesiadce na  najbliższym międzynarodowym lotnisku znajdującym się w Belo Horizonte, stolicy stanu Minas Gerais. Ostatnimi czasy ta niegdyś topowa miejscówka została nieco zapomniana przez paralotniarzy, ale nadal regularnie odbywają się tu zawody, włącznie z PWC (najbliższy superfinał PWC odbędzie się po raz kolejny właśnie tutaj w styczniu 2017). Co roku pojawiają się też regularni bywalcy z półkuli północnej, uciekający przed zimą. Przyciąga ich tu pewny warun, zazwyczaj pozwalający latać codziennie, niskie koszty, dobre jedzenie i wesołe, brazylijskie podejście do życia. Jak się to później okazuje – w połączeniu z niżem demograficznym w męskiej części populacji emigrującej do USA i białą skórą może to dać mieszankę mocno wybuchową. Niebieskoocy blondyni mają dodatkowy punkt i są traktowani niemalże jak bogowie.

Warun… trafiliśmy nietypowy. Nielotny dla lokalnych pilotów, którzy przyzwyczajeni do idealnej pogody nawet nie wjeżdżają na górkę. Wieczorami co chwilę w centrum spotykamy ludzi, którzy słyszeli o nieustraszonych członkach „Team Polones”, startujących w wichrze o sile „aż” 5-6m/s. Dopiero po trzech dniach siedzenia w barze lotniarza Marcela, znajdującym się na startowisku, wiatry i deszcze dają odpalić i polatać całej naszej ekipie.

Pierwszy przelot
W GV lata się wzdłuż głównej drogi, na południe, z lekką odchyłką zachodnią. Nawet niewielkie zboczenie z trasy w zasięgu doskonałości glajta, w pogoni za chmurą, może zakończyć się godzinami powrotu do drogi, zwykle obfitującymi w przygody i pozwalającymi zawrzeć nowe przyjaźnie.

Po półgodzinnej rzeźbie wykręcam komin, nie czekam na grupę. Przeskok za górę, ciszę na vario nisko nad ziemią przerywają Urubu. Grupa czarnych sępów przelatuje mi przed nogami i prowadzi prosto do komina. Podkrętka, a zaraz potem rozmyślanie nad teorią Speed to Fly, bela, dzida… i gleba – przerywa konieczność znalezienia dolinki bez bagna. Kolejnym kryterium to drzewo z cieniem, ponieważ butelka wody wylanej na głowę może nie gwarantować przeżycia szoku termicznego. Pod chmurą, w samej koszulce jest przyjemnie chłodno, a na ziemi panuje nieznośne gorąco. Teren dookoła GV to tysiące małych, suchych górek o wysokości 100-200 m. Prawdziwy piekarnik.

Stoję w trawie po klatę, drzewo jest, ale nie ruszam się z miejsca. Wypatruję żararaki (agresywna, brazylijska żmija), którą straszymy się nawzajem od trzech dni. Jeszcze nie zdążyłem się wypiąć z uprzęży, a słyszę, że coś się zbliża. Po chwili napięcia z pomiędzy krzaków wychodzą… dzieci. Jak się potem okazuje – nasze każde lądowanie jest dokładnie śledzone, a dzieci są tam wszędzie i prawie każde potrafi składać glajta. Za kilka monet w tym czasie mogę posiedzieć pod drzewem i próbować się nie rozpłynąć. Na pytanie o węże zaczynają się śmiać i pokazują, że jak mam buty, to mogę tupać, bo oni mają klapki. Po wyeskortowaniu przez bagno do drogi okazuje się, że czeka na mnie człowiek, „bo widział, że ląduję i wie, że chcę wrócić do miasta”. To mój najszybciej złapany autostop w życiu. Trochę mniej szczęścia mają koledzy, których mijamy. Dopiero za kilka dni dowiedzą się, że „kciuk do góry” nie działa przy łapaniu autostopa i oznacza „wszystko OK” i gestu tego używa każdy, od kumpla na pożegnanie, po kasjerkę w sklepie. Chłopaki stoją, pokazują OKejkę, kierowcy ich pozdrawiają, trąbiąc i wszyscy są zadowoleni. Prawie wszyscy…

Innym razem lądujemy 8 km w linii prostej od głównej drogi, nasza podrzędna droga gruntowa jest w tragicznym stanie, auta nie są w stanie z niej korzystać, a motory przejeżdżające raz na dwadzieścia minut zawsze mają oba miejsca zajęte. Po godzinie dreptania w pełnym słońcu trafiamy na oazę, sklep-bar pośrodku niczego. Roman odwiązuje łańcuch trzymający płot i szybko lokalizuje lodówkę z piwem. Poza tym można tu kupić cachaçę i mąkę. Nawadniamy się i idziemy dalej, ledwie nasza oaza znika za plecami, a słyszymy bulgotanie silnika. To pięciolitrowy Chevrolet, kilkudziesięcioletni pickup, jak ze starych, amerykańskich filmów. W środku siedzi właściciel baru, zamknął interes i postanowił nas podwieźć. „Musielibyście iść dwie godziny…” Autostopowe powroty zwykle kończą się podwózką pod sam hotel albo lądowisko, Brazylijczycy są niesamowicie życzliwi.

Kilka kolejnych nielotnych dni spędzamy na poznawaniu okolicy, barów, klubów, restauracji, lokalnych przysmaków w postaci dziesiątek rodzajów niespotykanych u nas dań, warzyw – gorzkich jurubeba – czy papryczek bico, które po przegryzieniu w ciągu trzech sekund zmieniały smak ze słodkiego, przez kwaśny aż po ostry. Owoce, żaden nie „smakował jak kurczak”, każdy był: „nie da się opisać, spróbuj”. W końcu, zrezygnowani pogodą decydujemy się na powrót do Rio de Janeiro. „Szkoda, że tak trafiliście, bo tu nigdy nie pada, za rok będzie lepiej” – żegnamy się z Valadares.

W miarę zbliżania się do Rio nasz kierowca staje się coraz bardziej poważny. „Nasza” część miasta od jednej strony otoczona jest słynnymi plażami, m.in. Ipanema, Copacabana, a z drugiej wzgórzami, które przez swoją niedostępność dla legalnego budownictwa zajęte są przez powstające nielegalnie slumsy, zwane favelami. Do niektórych można się dostać tylko krętymi, stromymi schodami czy windami, a kierują nimi oczywiście czarne interesy i mafia. Jedną z „bezpiecznych” favel, bo niegdyś krwawo spacyfikowanych jest Vidigal, w której mieliśmy zamieszkać. Na szczyt prowadzi wąska i kręta droga. Transport zapewniały lokalne moto oraz bus taxi, a „obcy” byli niemile widziani. To najbardziej martwiło naszego kierowcę. Jednak my, jako biali Gringo, mieliśmy trochę więcej luzu i  czuliśmy się całkiem bezpiecznie. Kierowcy moto-taxi, które później wynajmowaliśmy, chcąc uniknąć półgodzinnego spaceru pod górę, otrzymując cztery reale często nalegali na zwrot pół reala, bo „przecież wjazd kosztuje 3,50!”.

Poza tym na wjeździe oraz każdym zakręcie stał radiowóz policyjny, w środku co najmniej trzech policjantów z długolufową bronią gotową do użycia, wystającą przez okna. Nocą pomiędzy budynkami przebiegały kilkuosobowe grupy, jedna ręka na ramieniu poprzednika, druga na spuście, z tyłu shotgun. Przebiegli, nie ma. Jest bezpiecznie? Jest. Poza przystępną jak na Rio ceną, ogromnym plusem mieszkania w faveli są piękne panoramy miasta, małe sklepiki, piekarnie, pizzerie czy bary-mordownie-imprezownie z codzienną imprezą. Baile de favela!

Nadal pada, zwiedzamy wzgórze Dois Irmãos, plażę Ipanema, później ogród botaniczny, plażę Copacabana… Na plaży mało lotną pogodę zapijamy caipirinhą. Chłopaki przy zamawianiu tego drinku doszli do perfekcji. Limonka tłuczona z cukrem, lód, szklanka, alkohol. Roman jest testerem, sączy przez rurkę, a po chwili kręci głową ze zniesmaczoną miną.
Szef mówi, że jest tu za mało alkoholu – tłumaczy Jasiek.
– Dolać?
– Tak, do następnych też.

Warun jest
„Warun jest, jedziemy latać!” Miód na uszy po prawie półtora tygodnia na ziemi. Zrywamy się na szybkie śniadanie z widokiem na ocean. Pierwsze cumulusy zaczynają się budować jeszcze przed wjazdem na górę. Szybka wizyta w budynku klubu na lądowisku, rejestracja, opłata startowa i jazda na górę. Na startowisku Rampa da Pedra Bonita, które jest małą wycinką w dżungli z rampą na dwie lotnie na górze i na dole miejscem na glajta plus trzy kroki rozbiegu. Lotnie-tandemy startują, ale my nie możemy, bo wieje w plecy. Czekamy, aż ruszy mocniejsza terma. Godzinę, dwie… po trzeciej lokalni piloci zwijają glajty i zaczynają zjeżdżać na dół. Jeden z nich, Hemerson, słysząc o naszej historii, opowiada nam o płaskim szczycie góry, gdzie nikt nie chodzi, ale z którego da się wystartować na drugą stronę i deklaruje, że chętnie nas tam zaprowadzi. Zabiera ze sobą pomocnika ze startowiska z kijem i wstążką i po czterdziestu minutach wspinaczki po stromej, błotnistej ścieżce w dżungli jesteśmy na miejscu.

Po krótkim briefingu wiemy, gdzie powinniśmy latać. Przez godzinę bujamy się między Pedra Bonita i Pedra da Gavea, później trochę niezgodnie z instrukcjami nowego brazylijskiego kolegi po kolei skaczemy do tyłu, w zawietrzną, przelatując przed oficjalnym startowiskiem. Kolejne pół bujamy się w kominach, po kolei, z pełną łącznością radiową i separacją podkręcamy się w chmurach, których podstawy są tuż poniżej 600-metrowych szczytów. Niestety wygląda na to, że nie da się dzisiaj zrobić 1000 m, które jest potrzebne, aby zrobić przeskok na skałę, na której stoi pomnik Chrystusa, symbol Rio de Janeiro.

Bądźmy pełni nadziei na tego Chrystusa jeszcze. Trzeba się tu pobujać, pooglądać widoczki, a jak będzie moment, to skaczemy – Jasiek jak zwykle podtrzymuje nas na duchu.

Cud. Tuż po tych słowach na przedpolu pojawiają się dziesiątki Fregat Wielkich, ptaków żeglujących o ponad dwumetrowej rozpiętości skrzydeł. W ogromnym, leniwym kominie zyskujemy brakujące 250 m, wykręcając się kilkaset metrów nad podstawy chmur! Widząc upragnione 1000 m ASL, skaczę za Jaśkiem, który poleciał w tamtą stronę pierwszy z niespełna 800 na liczniku i rzeźbi po drzewach. Do góry dolatuję na jego wysokości, kręcimy kilka kółek w zerze, aż w końcu zaczepiamy o czarne, wygrzane skały i wspólnie wyjeżdżamy pod słynną statułę Cristo Redentor.

Nie wierzę w to, co się tu dzieje! ŁUUUUUUUUUUUUUU – słyszę przez radio.Tłumy odpowiadają gwizdem i brawami. To jeden z TYCH dwudziestu dni w roku, gdy da się tu dolecieć… Niedoścignione marzenie wielu pilotów odwiedzających Brazylię nawet od kilkunastu lat! Bujając się dookoła i podziwiając widoki, czekamy na resztę naszej grupy. Po mniejszych i większych przygodach, powodowanych kręceniem zer bez możliwości sensownego lądowania, na miejscu pojawia się siedmiu „naszych”. Tego dnia w powietrzu poza nami był jedynie nasz poznany na startowisku przewodnik. Po półgodzinnych próbach przybicia piątki Chrystusowi lądujemy na oficjalnym lądowisku w centrum – torze konnym, w czasie wyścigu. Dziś zaczynają się imprezy karnawałowe, także bez zbędnej zwłoki pakujemy glajty i ruszamy na imprezę.

„Parabens Team Polones!” – na startowisku kolejnego dnia odbieramy gratulacje od ludzi, których jakoś nie kojarzymy, ale oni już o nas słyszeli. Warun jeszcze się nie skończył. Przygotowuję glajta pod rampą schylony w pół, ubieram się i szpeję do startu. Standardową procedurą, powodowaną przez brak miejsca, na tym startowisku jest wyciąganie glajta z wora, klarowanie linek, podpinanie na samym startowisku. Ogromna strata czasu… Macham ręką etatowemu pomocnikowi-rozkładaczowi. „Patrz, jestem gotów. Daj mi 30 sekund na startowisku i już będę w powietrzu”. Wczorajsze napiwki podziałały, mogę wchodzić na dywan, mijam kolejkę, szybki start i jestem w powietrzu. Lecę obejrzeć Pedra Bonita z drugiej strony, wykręcam się nad górę i skaczę w kierunku Chrystusa. W pierwszej chmurze mijam się z Fregatą na żyletki, latają bez widoczności, głupota! Potem standardowo trochę niskiego skrobania nad obejrzanymi wcześniej awaryjnymi lądowiskami i samotny dolot pod pomnik. Brawa przerywają nachodzące chmury. Dziś dolatuję tu sam, reszta czeka w kolejce, omijając warun na XC. Postanawiam wrócić, to tyko 7 km. W połowie kręcę się przez dłuższy czas, dryndząc w słabych bąblach w górę i w dół. Po dłuższym czasie mam już dosyć, wysoko nad lądowiskiem widzę glajty, ptaki kręcą, potrzebuję 4 doskonałości. Skaczę przez przełęcz faveli Rocinha, setki wygrzanych dachów na ogromnym zboczu, BUUUUUUUUUUUUUUUUU, warun się skończył, bryza jest silniejsza niż się spodziewałem, nic nie działa. Na dole zero lądowisk, na ulicach plątaniny linii napowietrznych, pode mną danger zone – co spada z nieba na favelę, zostaje na faveli. Przyklejam się do ściany, żeby mieć więcej czasu na obserwację. Z jednego z dachów coraz wyżej i bliżej mnie wznosi się latawiec. Ciekawa zabawa dzieci. Obsypują szkłem nasączone klejem sznurki, kto w trakcie wojny przetnie linkę latawca przeciwnika – wygrywa. Skupienie przerywa gwizdek ratownika z basenu, wygania dzieci z wody i wszyscy pokazują, że mam tu trafić. Przy tym lądowaniu granicę przeciągnięcia opanowałem do perfekcji, trafiam w suche kilka metrów kwadratowych kafelków. Na kilka dni zostaję bohaterem youtuba i głównym przedmiotem rozmów lokalnych pilotów. Biało-czerwonym pilotom zrobiliśmy dobrą reklamę!

Powrót
Zdecydowanym hitem wakacji był powrót. Lot jest o 17, wstajemy rano, jemy śniadanie, oglądamy z tarasu panoramę Rio. Busa zamawiamy na 12, pięć godzin to wystarczający zapas czasu. W drodze na dół faveli okazuje się, że auto transportujące kafelki na górę ma za małą moc i musi zostać rozładowane. Przymusowy postój, ale nie jest źle, na stacji benzynowej zdążymy zjeść jeszcze burgera, potem zamówić kawę i drugiego burgera. Wsiadamy do auta o 13:50. Ktoś sprawdza pocztę.
Ej, moja dziewczyna wczoraj miała rację, lot mamy o piętnastej, już nie zdążymy.
Na lotnisko dojeżdżamy kwadrans po boardingu. Dzisiaj nie polecimy. Nikt z dziewięcioosobowej grupy nie potwierdził godziny lotu, wszyscy wierzyli, że ktoś to kiedyś sprawdził.

Jakoś nikogo nadmiernie to nie martwi. Nie jest źle. Wracamy na prawdziwy karnawał do Governador Valadares! Kochanki się cieszą, „teraz to jesteście bardziej brazylijscy, niż Brazylijczycy.” Znów przed wywózką zaczną się poranne smsy w celu lokalizacji imprezowych niedobitków. Trochę więcej polatamy, dobrze pojemy, znajdziemy Babę Jagę, która rzuciła na nas urok dwa tygodnie temu za odwrócenie się do niej plecami i tym razem wykupimy wszystkie, paskudne ciastka. Tak mija trzeci tydzień. Potrzebowaliśmy go chyba do pełni szczęścia.

Ostatni dzień, ostatni lot, ostatni start. Odpalam za Jaśkiem, latamy tu grupą, czekamy na siebie, radio nie cichnie, tak jest łatwiej utrzymać się w powietrzu. Startujemy „z tyłu” i oblatujemy górę, przed głównym startowiskiem słyszę przez radio: „Uważaj, bo diobeł, lepiej poszukaj coś z przodu”. Ja nie wykręcę? Okazuje się, że faktycznie to nie komin, a Dust Devil. Kładę glajta na stabil bardziej niż kiedykolwiek, ale w drugiej zwitce dostaję klapę z góry – zbyt wolno puszczam dolną rękę i produkuję klapo-negatywkę. Nogi pod tyłek, zrobię Fullstalla (na SIV-ie robiłem siedem i dwa mi wyszły, umiem). Okazuje się, że jednak to nie takie proste, glajt skacze jak chce,  słyszę „PAKA PAKA PAKA!!!”, Jasiek krzyczy przez radio bez wciśniętego PTT. Bez zbędnego rozglądania się – czerwona rączka, rzut za siebie i długa sekunda na przypomnienie o „miałabym moralniaka, gdybyś musiał go użyć i by nie zadziałał” – wypowiedziane przez Kaśkę, pomagającą mi przekładać zapas trzy dni przed wyjazdem. Paka się otwiera, glajt też, po kilku sekundach ściąga mnie na prawie pionową skałę, uderzenie przyjmuję na stopy. Kolejne kaktusy i korzenie, których się chwytam spadają na dół, ale coś mnie trzyma. Glajt zawisł na jedynym drzewie, u góry 30-metrowa ściana, na dole 30-metrowa ściana. Mija dłuższa chwila, na radiu cisza, nadaję „chyba przeżyję i jestem cały”, po czym dokładnie sprawdzam, czy się nie połamałem, podobno ból przychodzi po opadnięciu poziomu adrenaliny…

+ 15 min. od przyskalenia „potrzebuję szybko linę, bo mi nogi cierpną, bo mam stopy prawie pionowo, niewygodnie stoję”, ekipa z góry ze szlaucha i linki organizuje 12 metrów, jeszcze 60 i będzie dobrze. Poza Arkiem, który trzęsącymi się rękoma podpina glajta, sprawdza siedem razy, odpala i krąży przez trzy godziny nad moją głową. Od czasu do czasu słyszę, jak strzela klapa czy front. Reszta grupy przyjmuje nastawienie „chyba mi się dzisiaj nie chce latać, no i trzeba się spakować”, nawet Słoweńcy zrobili zlota na przedpole, morale padły…
+ 10 min. na dół zjeżdża Marcin z Marcelem, właścicielem baru na startowisku, upewnia się, że helikoptera dzisiaj nie potrzeba i wraca na górę,
+ 1 h 40 min. Bieri ma dobrą wiadomość, przyjechała telewizja!
+ 35 min. przyjeżdżają strażacy,
+- kolejne półtorej godziny trwa debata, czy akcję robić z góry, czy z dołu, a może z boku, słońce praży w czarną skałę, w końcu dostaję linę, odpinam zapas, glajta i wspinam się kilka metrów do góry, żeby założyć stanowisko z węzła zamotanego na linie, wciśniętego w szczelinę skały, strażak wchodzi  do drzewa za pomocą tejże asekuracji, ściąga glajta i zjeżdżamy. Skończyło się na otarciach.

Potem jest  łatwiej, wjazd na górę, zeznania, zjazd, pakowanie, rozplątywanie glajta przez magika-pakowacza-opiekuna-lądowiska, mycie, kolacja, wyjazd na lotnisko. Po ponad godzinie okazuje się, że żona naszego kierowcy zachorowała i musi szybko trafić do szpitala. Wracamy do Valadares trzeci raz, ze straconymi trzema godzinami… Prawdziwa klątwa Governador Valadares…
Jednak sprawdziło się, pokochaliśmy ten świat. Pisząc ten tekst, planujemy kilkumiesięczne zimowanie w Brazylii.

Chcesz do nas dołączyć najbliższej zimy? Zapraszam do odwiedzenia strony gringofly.com Więcej zdjęć i filmy z wyjazdu znajdziecie na www.facebook.com/GringoFly