Gin Explorer

Tym razem Marcus King testuje dla nas lekką paralotnię klasy sport – Gin Explorer.

Od momentu rozkładania czujemy, że mamy do czynienia z rasowym skrzydłem. Wydłużenie przekracza magiczną liczbę 6, co pozwala planować loty po horyzont. Duże logo „Fly Gin” na testowanym skrzydle tylko podkreślało jego sportowy charakter. Ale nie ma się co napalać na osiągi tylko po wyglądzie skrzydła – wystarczy wspomnieć o paralotniach Nova, które projektowane są z mniejszym od Gina wydłużeniem. Jak mawia mój kumpel: „Te skrzydła nie wyglądają, jakby miały dobrze latać, a mają wyśmienite osiągi”. Czy zatem Explorer ze swoimi bezoplotowymi, wyścigowymi linkami zapewnia takie osiągi, na jakie wygląda? Czy osiągi nie wpłynęły negatywnie na poczucie komfortu oraz handling?

Start
Przesiadłem się na Explorera z dużo cięższego skrzydła. Rezultatem tego mój pierwszy start na Ginie nie miał w sobie gracji i wdzięku. Mocny, porywisty wiatr na starcie nie wybaczył, że zbyt mocno szarpnąłem za taśmy A. Skrzydło szybko wyszło nad głowę, a ja instynktownie zaciągnąłem sterówki, żeby mnie nie wyprzedziło. To spowodowało, że wystrzeliło mnie do góry, po czym plasnąłem z impetem na środku startowiska. Pomimo że leżałem na plecach, skrzydło pozostało wypełnione nad głową. Parokrotnie zaciągnąłem sterówki, co pozwoliło mi wrócić do pozycji pionowej, po czym odleciałem, udając, że nic się nie stało. Pierwsza lekcja została odrobiona: wystarczy delikatny impuls na taśmach i skrzydło ładnie wstaje.

Cały artykuł znajdziecie w 25. numerze Vario.