Gniazdo Kondorów

DCIM104GOPROG0326794.JPG

Dla niektórych latanie jest ucieczką od codziennego życia, chwilą zapomnienia o troskach i próbą zepchnięcia w kąt wszystkich problemów. Ja wolę, kiedy latanie jest częścią życia, kiedy jest czasem dla siebie, kiedy możemy pobyć ze sobą. W powietrzu każdy jest sam. Dlatego zaczęłam latać bez radia, z coraz mniejszą grupą osób. Coraz częściej zaczęłam sięgać po niewielki plecak z ultralightem, a z czasem pozbyłam się sprzętu do „normalnego” latania. Odkryłam, że w możliwości połączenia wspinaczki, gór, przestrzeni i powietrza jest coś magicznego. Coś, co uzależnia i pcha nas dalej i wyżej.

W zeszłym roku zleciałam ze szczytu Mont Blanc (4810 m n.p.m.) i tego dnia wydawało mi się, że to mój Everest. Na krótko. Parę dni później sprawdzałam w Internecie, jakie możliwości dają inne, wyższe góry. I tak zrodził się pomysł wyprawy do Boliwii. Dlaczego ? Bo zawsze chciałam odwiedzić Amerykę Południową, powłóczyć się po Andach. Bo na zdjęciach w przeglądarce babki w melonikach uśmiechały się przyjaźnie, a banany i awokado wyglądały jak hodowane na sterydach. I było jeszcze coś. Trzy sześciotysięczniki. Sajama, Huayna Potosi i Illimani, które wyglądały bardzo przyjaźnie. Wyglądały…

Sajama (6542 m n.p.m.). Stratowulkan, na płaskim wierzchołku którego w 2001 r. został rozegrany mecz piłki nożnej. Chodziło bardziej o pokazówkę, po tym jak FIFA zabroniła rozgrywania meczów międzypaństwowych na boiskach położonych powyżej 2500 m n.p.m. z powodów zdrowotnych. Zakaz ten uderzył głównie w kraje leżące w Andach (Boliwia, Ekwador, Chile), gdzie wiele stadionów znajduje się na takich wysokościach. Mecz pokazowy się odbył, co dodatkowo pokazało skalę i możliwości tego stratowulkanu. Piękne, olbrzymie startowisko na wszystkie kierunki, ale…  tam prawie zawsze dość mocno wieje. Informacje z Internetu i analizy pogodowe zostały  potwierdzone na miejscu przez przewodników górskich. Sajama fajna góra, ale wietrzna. 3 dni podchodzenia, żeby na szczycie wiatr urwał mi głowę ? Odpada…

Huayana Potosi (6088 m n.p.m.). Internetowa prasówka i przeczucie mówiło, że to ciągle nie ta góra. Z La Paz dojeżdża się do Base Camp, parę godzin podejścia do High Camp (5200 m n.p.m.), tam chwila na oddech i złapanie paru godzin snu, mała kolacja, zrzucenie zbędnego sprzętu. Ze schroniska wyszliśmy około 1 w nocy. Ja, 20 innych czołówek i wschód słońca osiągnęliśmy szczyt w tym samym czasie. Gdy  stanęliśmy na szczycie zrobiło się zjawiskowo.

Cały artykuł znajdziecie w 25. numerze Vario.